Beam me up, Scotty

Bo nikt nie powiedział jak, to jest tak.
 
IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 27 grudnia 2017

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: 27 grudnia 2017   Sro Kwi 30, 2014 12:57 pm

Ostatni dzień na Cape. Jutro mieli zapakować się w samolot i wrócić do codzienności, ale dzisiaj… Dzisiaj jeszcze mogła pozwolić sobie na bycie miłą i może troszkę mniej wkurzającą niż zwykle, bo była w Badan i ostatnie noce spała w swoim własnym łóżku, albo i nie spała, zmuszając matkę do robienia naleśników w środku nocy (których większość i tak została na rano, by podać je z największą ilością bananowego sosu jaka kiedykolwiek zaistniała na talerzu Claire, a to było niemałe wyzwanie – cóż, jaka rodzina, takie świąteczne śniadanie). Mogła sobie pozwolić na to, by nie marudzić z byle powodu, bo słyszała głos Ciary rozmawiającej z Claire, a dłonią wodziła po gładkiej sierści Dublina, siedząc przed kominkiem i opierając się plecami o to leniwe bydle, które było na tyle uprzejme (albo właśnie leniwe), by ciężar swojej pani znieść. Stęsknionej pani. Bo co z tego, że nie tak daleko na kanapie siedziała jej matka (biedna matka, musiała znieść tę dwójkę dzieciaków jednocześnie), której nie widziała całe miesiące. Ita musiała wyłożyć się przed kominkiem, podciągnąć kolana prawie pod brodę, wpatrywać się w płonące ogniki i poświęcić większość z pozostałych na Cape Clear chwil na dopieszczenie Dublina, mając w dupie wszystko inne. (Ita Berach z całych sił zaprzeczała wszystkim oskarżeniom, jakoby najbardziej stęskniła się za psem. A potem i tak lądowała na podłodze, tak jak teraz, wtulając się w miękkie futro Dublina i drapiąc go za wszystkie czasy. Z tym głupim psiskiem nie mogła porozmawiać przez telefon, więc jej się należało.)
Nawet jeśli kochała wpatrywać się ogień, monotonne, wyciszające zajęcie (bo naprawdę, właściwie nie słyszała ich głosów) prawie ją usypiało. Nie zdawała sobie z tego nawet sprawy, dopóki głośniejszy pisk (czy to dziecko naprawdę musiało piszczeć? Czy wszystkie dzieci wydają z siebie dźwięki przeznaczone dla małpiatek? Musiała zapytać Nan, chociaż nie, obiekty z Gallagherowej macicy zdecydowanie nie nadawały się do ustalania normalności) nie wyrwał jej z tego małego odrętwienia, zamyślenia, a może po prostu półsnu. Odwróciła głowę, by posłać małej mordercze spojrzenie (bo mogła być miła, mniej wkurwiająca i nie marudzić, ale mordercze spojrzenia były bytem całkowicie od Ity Berach niezależnym), ale Claire nawet nie zwróciła na nią uwagi. Może to i dobrze. Tak, było dobrze. Nawet Lullier jej nie przeszkadzał, chociaż… Jego obecność tu była dziwna, nie do końca niewskazana, ale dziwna i gdyby nie to małe wkurzające stworzenie, nigdy by nawet nie przeszło jej przez myśl, że mógłby tu być. W jej domu. Na Cape. Ale był i nawet to jej nie wkurzało. Bo Ita naprawdę lubiła święta.
Powrót do góry Go down
Ciara Berach
..
..
avatar

Liczba postów : 3
Join date : 02/05/2014

PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Pią Maj 02, 2014 5:21 pm

Wszystko wyszło lepiej, niż mogła sobie wyobrazić. Kiedy wreszcie zostało tylko kilka dni do świąt, a jedyne, co jej pozostało do roboty, to czekać na jej dwie marchewki, była pewna, że to będą najlepsze święta od długiego czasu. Keev krzątała się od czasu do czasu po kuchni, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, a Ciara spisywała listę zakupów, kiedy zadzwonił telefon. Itka ewidentnie czuła się winna, że nie zadzwoniła wcześniej, żeby ją uprzedzić. Widocznie nie spodziewała się dwóch dodatkowych gości, a trzech. Nadal nie wiedziała, jak powinna traktować Rena. Przez niemal trzy lata była przekonana, że był tchórzliwym chujem, który miał w dupie tak przecudowne dziecko, jakim była Claire. Chyba za bardzo przyzwyczaiła się do tej myśli, żeby mu całkowicie odpuścić, ale teraz nadchodził czas, żeby to zmienić. Z córką rozliczyła się już wcześniej, a choć ciągle była na nią zła, kiedy wyjechały, tęsknota całkowicie stłumiła negatywne uczucia. Tak samotnie nie czuła się, od kiedy odszedł Seamus, a nie chciała ciągle męczyć Ity siedzeniem na skajpie, więc czasem tylko siedziała i robiła rzeczy, które przypominały jej o córce i wnuczce. Naleśniki bananowe na śniadanie, czekolada z piankami o drugiej w nocy, babeczki z kremem cytrynowym... Tak małe przyjemności, a pobudzały wspomnienia, a zamiast wzmagać jeszcze większą tęsknotę, łagodziły ją i przypominały, że wszystko jest już w porządku. Claire ma tatę, a jej rudzielec radzi sobie jakoś, pomimo ponad ośmiu tysięcy kilometrów, które ich dzieliły. Pomimo nie opuszczającej ją ochoty, by przytulić jej cudowne maleństwa i nigdy więcej nie wypuścić, starała się nie być wścibską. Układały sobie życie tak daleko od domu, ale ona nie miała na to już dużego wpływu.
Kiedy przyleciały, starała się nie rozpłakać ze szczęścia. Jej mały skrzat urósł przez ten czas bardziej, niż mogła się spodziewać. Nie widziały się tylko kilka miesięcy, a Claire rosła jak na drożdżach. Jej prześliczne włoski też zyskały co najmniej kilka centymetrów. Wybiegła przed rodziców jak rozpędzony pocisk i wpadła w ramiona babci. Kiedy już wyściskała swoje dziewczyny, Lullier też dostał swój krótki, przepraszający uścisk poprawiony małym uśmiechem, pomimo zaskoczenia malującego się na jego twarzy. Ignorując dziwną minę Itki skierowali się w końcu do domu.
A tam czas płynął jak szalony. Ledwo przyjechali, już musieli wyjeżdżać. Nie spodziewała się tego, że nawet nie będzie miała czasu porozmawiać z córką na osobności. Było za dużo do zrobienia, a teraz liczba godzin, kiedy będzie ją miała przy sobie gwałtownie się zmniejszała, więc kiedy nie pozostało już nic do zrobienia, miała zamiar dołączyć do rudzielca przed kominkiem. Wtem małe tuptające stworzonko z burzą loków przebiegające przez korytarz przecięło jej drogę z głośnym piskiem i wpadło do salonu, skacząc na Dublina i jego właścicielkę. Wyglądało to dość brutalnie, ale kiedy po pomieszczeniu roztoczył się głośny śmiech dziewczynki, nie mogła się nie uśmiechnąć. Tęskniła jak cholera.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Renard Lullier
.
.
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 07/12/2013

PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Pią Maj 02, 2014 8:55 pm

Nie lubił świąt. Bo święta to zloty rodziny zewsząd i rozmowy, pytania, przesłuchania, wymądrzenia i kiedy normalnie spokojnie był w stanie to ignorować, odpowiadać w sposób, który rozmówca zniechęcał do dalszego gadania, to w tym roku, był o tym święcie przekonany, nie byłoby tak łatwo. W tym roku miały być szepty i spojrzenia, i nie musiał jechać do domu, by o tym wiedzieć. Matce powiedział, że święta już miał – nie powinien się tak zachować, znowu kłócić z Jud, ale nie mógł... nie w tym roku, nie chciał psuć świąt i jej i Marion, a pewnie by to zrobił, wdając się w niepotrzebne dyskusje z jakimś uroczo wkurwiającym kuzynem czy ciotką i byłoby nieprzyjemnie. Nie chciał tłumaczyć się, dlaczego przyjechał do Paryża sam. Nie chciał tam być, bo myślami i tak byłby gdzieś indziej. Wolał już spędzić te kilka dni w Pomme, zakopując się w papierach, pijąc i mało jedząc, bo i po co, odliczając dni do powrotu Ity i Claire... i tak by zrobił, na pewno, gdyby nie nagła propozycja, by jechać z nimi. Wiedział, domyślał się, że gdyby nie Claire nie byłoby go na Cape. Ale Claire powiedziała, spytała, a Claire nikt nie potrafił odmówić, bo w tym wszystkim przecież chodziło tylko o to, by ta mała paskuda była szczęśliwa. O nic więcej. Dlatego przyjął zaproszenie, dlatego spędził święta w gronie ludzi, na dobrą sprawę, mu obcych, a i tak większość czasu spędzał z Claire, albo gdzieś z boku, byle nie przeszkadzać reszcie, która miała okazję nacieszyć się obecnością dwóch rudych paskud, które wywiózł zza ocean.
W tym całym zamieszaniu w Badan Fhuarain czuł się, jakby był puzzlem wciśniętym na siłę do nie tej układanki co potrzeba, niszcząc cały obrazek niepasującym elementem. To było do niego niepodobne. Nigdy nie miał problemu z tym, miał gdzieś czy pasuje czy nie, twardo stojąc z uśmiechem na twarzy, ale... tutaj, na Cape, w domu Ity... to nie było dobrze uczucie. Chociaż Ciara i Kev nie traktowały go jak zło konieczne (to zdziwienie na jego twarzy, gdy Ciara się z nim przywitała, było jak najbardziej szczere – nie spodziewał się uścisku, bardziej formalnego podania ręki albo zwyczajnego ‘dzień dobry’ i nic więcej), nawet jeśli Icie nie przeszkadzała jego obecność, to wystarczyło, że dołączył do nich Collins z Carey, i gdy Claire nie mogła się od wujka odczepić, stęskniona za nim, kiedy wszyscy byli razem (lekko zdyszana Nan najwyraźniej prosto z promu wpadła do domu Berach), kiedy gwar i śmiech unosił się pod sufit... to wystarczyło, żeby wiedział, że tu nie pasuje. Nie, nie wiedział. Czuł, że przeszkadza. Dlatego umykał w bok albo tłumacząc się obowiązkami prezesa, wracał do hotelu, obiecując córce, że jak tylko obudzi się następnego dnia, on już tu będzie i będą mogli coś razem zrobić.
Pojawił się w salonie za Claire i nie, nie piszczał tak jak ona, za to rozcierał dłonie zmarznięte po spacerze. Nie wchodził głębiej, oparł się o framugę drzwi, mając zamiar zaraz wrócić do hotelu, żeby spakować się i dać rudzielcom ostatnie godziny razem, bez jego obecności. Należało im się, a on i tak miał zamiar dzisiaj chwile dłużej popracować nad rocznymi raportami i butelką whisky. Albo dwiema butelkami. Bez raportów, bo czuł się wykończony.  Najdłuższa i najnudniejsza delegacja nie zmęczyła go tak, jak ten kilkudniowy wyjazd. Źle się czuł na Cape, gdzie nawet krótki spacer z Claire przyciągał spojrzenia mijanych mieszkańców (a ich nagle jakby przywiało w stronę wzgórza, nieopodal domu Berach, zupełnie przypadkiem), i naprawdę się cieszył, że zaraz mieli wracać do Los Angeles. Jeszcze tylko kilka godzin i będzie mógł pozbyć się tego dziwnego, nieprzyjemnego uczucia, które wypełniało mu żołądek (i pewnie tylko dlatego jadł dość sporo, żeby to zajeść, a nie dlatego, że był łasuchem a kuchnia Ciary była tylko trochę gorsza od kuchni Marion), od kiedy tylko zeszedł na ląd z promu. Tylko jeszcze chwilę postoi i popatrzy, jak Claire terroryzuje mamę i to bydle, które podobno było psem (Renard ciągle miał co do tego wątpliwości.)
Uśmiechnął się, gdy śmiech Claire rozszedł się po pokoju. Była szczęśliwa. On nie musiał, wystarczyło mu to, że jego mała dziewczynka jest szczęśliwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://headcanonstajl.forumpolish.com
Ciara Berach
..
..
avatar

Liczba postów : 3
Join date : 02/05/2014

PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Pią Maj 02, 2014 10:19 pm

Niestety nie mogły zaznać chwili spokoju, na czym Ciarze aż tak strasznie nie zależało, jeśli to szczęśliwie hasająca marcheweczka była tą przeszkodą. Berach stwierdziła, że będą jeszcze miały całą noc na przegadanie we dwójkę przed telewizorem, tradycyjnie oglądając wszystkie dotychczasowe świąteczne odcinki Doktora Who z górą naleśników i gorącą czekoladą w rękach. Tęskniła za tymi nocnymi posiedzeniami z Itką. Oglądanie ich samemu traciło już to specyficzne poczucie, poczucie, że jest się w domu, na właściwym miejscu. Dlatego musiały koniecznie to nadrobić, zanim znów zniknie na kilka miesięcy. Skoro jednak nie miały teraz okazji, to rudzielec wolał posprzątać w kuchni po ostatnim wspólnym obiedzie. Wspólny czas minął za szybko, a nie warto było go marnować na długie siedzenie przy naczyniach.
Ciara przeszła przez pokój i póki Ita zajmowała się małym narwańcem, wzięła Rena pod rękę i poprowadziła go do kuchni. Nie chciała go do niczego zmuszać, po prostu... chciała porozmawiać. Tak zwyczajnie. Nie widziała go od długiego czasu, od momentu, kiedy wyleciał z dziewczynkami do Los Angeles. Ich pierwsze spotkanie po tych trzech latach było... nie miłe. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że on nie wiedział o... niczym, o ciąży, o Claire, a jej reakcja przez to była bardzo gwałtowna. Potem, kiedy wszystko wyszło na jaw Ita miała z nią piekło, na które, trzeba powiedzieć, sobie zasłużyła, ale w tym samym czasie walczyła z Renem o to, kto powinien mieć prawo do zajmowania się małą. Wtedy jej opinia o Lullierze była wystarczająco zła, by oburzyła się słysząc, że on zaskarbia sobie jakiekolwiek prawa do wychowywania małej. Jego zachowanie i groźby, że odbierze Icie dziecko tylko wszystko pogorszyły. Kiedy wyjechali, a emocje opadły mogła z łatwością dostrzec błędy, które popełniła. Teraz był czas, żeby to wyprostować.
- Jak firma? - zagaiła niewinnie, starając się znaleźć w miarę neutralny temat, na który z nim jeszcze nie rozmawiała (choć do tej pory rozmawiali wyjątkowo niewiele). Przyjrzała mu się, włączając ekspres do kawy. Wyglądał na zmęczonego. Zmęczonego i zmartwionego, choć w żaden sposób nie mogła domyślić się o co konkretnie chodzi. Domyślała się, że cała sytuacja z Claire i Itą odbijała się też na nim. Jeszcze pół roku temu nie miał pojęcia, że ma tak wspaniałą córkę, a teraz było jasne, że starał się robić dla niej wszystko, co by ją uszczęśliwiło. Ciara doceniała to, że przyjechał. Nie mogła nie zauważyć, że czuł się tu raczej spięty i zdecydowanie gorzej, niż pierwszy raz, gdy zastała go w swoim salonie rozciągniętego na kanapie. Postawiła duży kubek kawy po irlandzku przed nim na blacie, a sama objęła swój dłońmi. Wysłuchała jego odpowiedzi, po czym chwilę wpatrywała się w spieniony płyn w naczyniu. - Wszystko, co działo się w poprzednich miesiącach wymaga przeprosin z mojej strony - zaczęła cicho i oficjalnie. - Byłam przekonana, że ty... nie chciałeś... że wiedziałeś o wszystkim, a i tak postanowiłeś wyjechać i nie mieć w niczym żadnego udziału. Może to mój błąd, że nie starałam się z Tobą w żaden sposób skontaktować. Tak naprawdę bardzo powstrzymywałam się, żeby nie kupić biletu do stanów i nie skopać Ci tyłka - uśmiechnęła się nieśmiało - ale sytuacja okazała się zupełnie inna. Więc za to, co powiedziałam i zrobiłam, i jak to wszystko wyszło... przepraszam - spojrzała na niego ponownie, tym razem bez uśmiechu, mając nadzieję, że doceni jej starania wyjaśnienia tej nietypowej sytuacji. Znów nastąpiła tu chwila ciszy, w której wzięła łyk kawy z alkoholem przyjemnie rozgrzewającej od środka. - Jak się czujesz? - zapytała, czujnie obserwując jego zachowanie. Miała nadzieję, że choć raz w ciągu jego pobytu odpowie szczerze na jej pytanie. Naprawdę chciała wiedzieć, nie wystarczy jej tylko zdawkowe "w porządku". Pewnie i tak nie odzyska jego zaufania tak łatwo, by mogły to naprawić tylko przeprosiny. Było jej wstyd, za to, jak go potraktowała tamtego dnia, ale chciała to naprawić. W końcu tylko on mógł się opiekować jej dziewczynkami za oceanem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Renard Lullier
.
.
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 07/12/2013

PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Sob Maj 03, 2014 5:34 pm

Chciał się odezwać. Rzucić krótkie pożegnanie, ustalić z Itą godzinę, o której ma przyjść, żeby pomóc z bagażami, ale Ciara miała inne plany. A on nie potrafił odmówić kobiecie, która ciągnęła go do kuchni, trzymając pod ramię i jeszcze włączała ekspres do kawy, kiedy do tej kuchni dotarli. Jeśli dostanie kawę, mógł zostać chwilę dłużej, i nawet pomóc sprzątać, jeśli tego Ciara od niego oczekiwała, przynajmniej mógłby chociaż trochę odwdzięczyć się za to, że mógł tu być. A zmywanie nie było wcale takie złe, jeśli miało się mało... oh, jedno spojrzenie na stosik naczyń po wspólnym obiedzie lekko zbiło go z tropu. Chciał się odezwać, powiedzieć, że zmywać nie umie, i jak Ciara chce, to może mu pokazać jak, ale znowu nie było mu dane się odezwać, bo zaraz najstarsza Berach weszła mu w słowo. Zdziwiło go pytanie. O Pomme. Mało kto go pytał jak z firmą, nie chcąc się narażać na długi monolog ze strony pana prezesa.
- Lecimy do przodu, niedługo rzucamy na rynek trochę nowości, przynajmniej mam nadzieję, że niedługo, chociaż koniec roku to armagedon. Najgorsze co może spotkać człowieka, to koniec roku, skarbówka, która szuka czegoś, do czego mogłaby się przyczepić i rozliczenia. Dzięki – uśmiechnął się do pani dyrektorki, od razu ujmując w dłonie ciepły kubek, ucinając tym samym swoją odpowiedź, wiedząc, że zdolny był, do tego, by o Pomme mówić więcej i więcej, a nie sądził, żeby Berach była tym zainteresowana jakoś specjalnie. Pytanie pewnie bardziej zadane z grzeczności niż z ciekawości. I jeśli pytanie o jego pracę go zdziwiło, to kolejne słowa Berach... aż ścisnął mocniej kubek, na który przeniósł spojrzenie. Kompletnie... się nie spodziewał. Nie chciał żadnych przeprosin. Nie chciał wracać do tego ani teraz, ani kiedy indziej, uznając to, co sobie wyjaśnił z Itą, kilka tygodni wcześniej, wyczerpało temat i dzięki temu zostawią to za sobą. Chciał tego. A Ciara, teraz w kuchni... nie pomagała, wyskakując ze swoimi przeprosinami zupełnie bez ostrzeżenia. Może i mu się należały. Może trudno było zapomnieć tych wszystkich spojrzeń i ostrych słów (i nie tylko słów) skierowanych do niego, gdy on się w tym wszystkim gubił i próbował zrozumieć dlaczego, ale sam nie był milszy, walcząc zaciekle ze wszystkimi dookoła, nawet w próbującej dotrzeć do niego w przyjazny sposób Nan, widząc wroga, a za swoje zachowanie nie miał zamiaru przepraszać. Więc może tak naprawdę mu się nie należały.
Wypił pół kubka kawy od razu, parząc sobie gardło gorącym i mocnym napojem, czując, jak ciepło rozchodzi się po całym ciele. W sumie, wolałby sam alkohol z kawy do wypicia, niż ich mieszankę. Przynajmniej teraz. Odstawił kubek na stół, milcząc przez chwilę,wpatrując się w Ciarę, zanim się odezwał cicho, zmuszając kąciki ust do lekkiego uniesienia do góry.
- Dziękuję – co innego miał powiedzieć? Że powinna ruszyć ten swój tyłek, żeby skopać ten jego, że one wszystkie – Kev, Nan i Ciara – powinny jakoś zareagować, na przekór Icie, bo nie chodziło o nią, tylko o dziecko i to dziecko powinny mieć na pierwszym miejscu, a nie to, czego chciała, albo czego nie chciała Ita. Nie miał o to już takiego żalu jak wcześniej, chociaż jakiś tam się jeszcze tlił (a to i tak bardziej skierowany ku Morii, bo Moria... bo ona... miało minąć trochę czasu, zanim nie będzie krzywił się na samo wspomnienie żony przyjaciela) to nie zamierzał do niego znowu sięgać, woląc zakopać to wszystko głęboko i nie wracać do tego. Nie, kiedy już powoli, bardzo powoli, zaczynało być dobrze. - Było, minęło, najważniejsze, że wszystko się wyjaśniło a ja i Claire mogliśmy się poznać - uśmiech automatycznie mu się powiększył na samo wspomnienie dziewczynki. Jego malej, rudej dziewczynki, dla której był w stanie zrobić wszystko, byle tylko ten radosny uśmiech, którym obdarowywała wszystkich dookoła, nigdy nie zszedł z jej cudnej buźki.
Dobra, powoli zaczynał żałować, że nie wyszedł zaraz po tym, jak przyprowadził Claire. Ciara najwyraźniej postanowiła mu zorganizować jakieś małe przesłuchanie, i to nie miało nic wspólnego z innym przesłuchaniem, które odbyło się dawno temu. Tamto przynajmniej było zabawne. Bardzo... Zacisnął usta w wąską linie, kręcąc kubkiem, nie chcąc wracać do tamtego wieczoru. Nie, to wspomnienie też powinien zakopać głęboko, skupiając się na tu i teraz, i na kolejnej odpowiedzi dla Berach - Zmęczony. Święta świętami, ale zestawienia i raporty same się nie zatwierdzą, więc siedzi się do późna – odpowiedział szczerze, nie mijając się ani trochę z prawdą. Siedział do późna, spał kilka godzin i cały dzień na nogach był, by w nocy znów zacząć swoje tango z raportami. Nic więcej na temat swojego stanu nie zamierzał mówić, nie widział potrzeby spowiadania się Ciarze, czy komukolwiek innemu, ze swoich odczuć związanych z Cape, uśmiechając się tylko lekko, zanim kawa znowu nie została wlana do gardła.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://headcanonstajl.forumpolish.com
Ciara Berach
..
..
avatar

Liczba postów : 3
Join date : 02/05/2014

PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Nie Maj 04, 2014 11:05 pm

Porozmawianie z Renem wydawało się... właściwe. Po wszystkich tych nieprzyjemnych słowach, nie tylko od Ciary, ale też od wielu innych osób, oskarżeniach o najgorsze, przekonaniu, że mógłby zrobić tak niemoralną rzecz... Rudzielec od dawna czuł piekące wyrzuty sumienia. Nie chciała do niego dzwonić z przeprosinami, to nie wydawało się wystarczające. Myślenie co by było, gdyby od początku wiedział budziło na nowo ogromny żal do córki, że przez tak niemożliwie długi czas trzymała to w tajemnicy. Nagle objawiona świadomość, że Lullier od trzech lat jest ojcem musiała być olbrzymim szokiem. Szokiem, z którym jego umysł widocznie szybko się uporał, wystarczająco, by natychmiast chcieć zająć się maleńkim brzdącem, który kicał sobie teraz radośnie po Badan Fhuarain. Berach nie mogła sobie w żaden sposób wyobrazić, jak bardzo musiał go zaboleć fakt, że stracił tyle czasu w całkowitej nieświadomości. Claire była cudowną, mądrą dziewczynką i wcale nie dziwiła się, że teraz spędza z nią każdą chwilę.
Ciara uśmiechnęła się, obserwując jak błyskawicznie w jego oczach zapala się małe światełko, kiedy słuchała o Pomme. Mogłaby tak słuchać dłużej, do póki mówiłby do niej zrozumiałym językiem i do póki wzniecałoby to w nim właśnie ten cień zainteresowania. W sumie nigdy do tej pory nie rozmawiali o firmie, słyszała tylko szczątkowe informacje od niego czy Ity, a teraz nawet te kilka słów podsyciło jej ciekawość. Rzadko się w końcu zdarzało, żeby tak młody człowiek prowadził tak olbrzymią spółkę, w dodatku świetnie radzącą sobie na rynku i cenioną przez konsumentów. Właściwie temat był dość interesujący, dlatego obiecała sobie, że jeszcze kiedyś do niego wrócą. Wzięła kolejnych kilka łyków płynu idealnego na zimowe popołudnie, nie omieszkując zauważyć jego reakcji na poruszenie nieprzyjemnego tematu. Ałć. Ta kawa nadal była gorąca. Chciała coś jeszcze dodać, zapewnić go, że teraz wszystko może się tylko polepszyć, powiedzieć coś, co zmyłoby ten stary żal z jego oczu i rysów twarzy, który uporczywie wydawał się ciążyć też na jej myślach. Był dobrym człowiekiem, takim, jakiego poznała w tamte lato. Ten czas, kiedy zastanawiała się, jak mogła się co do niego tak bardzo pomylić powinien zostać wymazany. Ale to wszystko to było zbyt wiele, żeby tak po prostu o tym zapomnieć. Było jej wstyd. Że pozwoliła Icie uspokoić swoje sumienie uporczywymi zapewnieniami, że na pewno nie odbierze, że ma to wszystko gdzieś. Że po jednej nieudanej próbie nie szukała z nim żadnego kontaktu, nie dobijała się - choćby po to, żeby go powyzywać albo przekazać wszystkie najgorsze wyzwiska, które wściekła dziewczyna wykrzykiwała w kłótniach. Może wtedy wszystko wyszłoby na jaw. Wtedy nie umiała tego zrobić, bojąc się, ze każdy niewłaściwy ruch może wytrącić Itę z równowagi, którą dopiero co złapała. Teraz mogła tylko żałować. Gapiąc się głupio do swojego kubka czuła, jak wyrzuty sumienia podchodzą jej goryczą do gardła. Miała nadzieję, że kiedyś jeszcze zapracuje sobie na odpuszczenie win u Lulliera, a relacje między nimi będą mniej formalne. Odpowiedziała na jego uśmiech, ciesząc się, że przynajmniej Claire przynosiła jej tacie prawdziwą radość.
- Claire nie sposób nie kochać, jej uśmiech oczarowuje wszystkich, którzy akurat są w pobliżu - zaśmiała się cicho na wspomnienie wnuczki. Ciągle nie chciała się pogodzić z tym, że już jutro o tej samej porze jej tu nie będzie.
Kiwając głową na kolejną jego wypowiedź starała się powstrzymać słowa cisnące się na usta. Nie zamierzała go tu trzymać. Nie, jeśli nie sprawiało mu to żadnej przyjemności, a raczej było przykrym obowiązkiem spełnianym tylko po to, by pobyć z córką. Cieszyła się, że odpowiedział szczerze, choć domyślała się, że było tam więcej niedopowiedzeń, niż mogła sobie wyobrazić. Dlatego po chwili ciszy i porcji życiodajnego płynu lądującej znów w jej ciele posłała mu coś na kształt krzepiącego uśmiechu, chowając za nim swoje wyrzuty sumienia.
- Pewnie masz jeszcze dużo rzeczy do zrobienia. Tylko nie zapomnij zrobić miejsca w walizce, Claire nie przepuści żadnej okazji na zachomikowanie jeszcze więcej bananowych przetworów - zaśmiała się krótko i zajęła się przekładaniem brudnych naczyń do jednej komory zlewu. Nie chciała go już więcej męczyć, niech chłopak ma chwilę spokoju po tych kilku męczących dniach w ich towarzystwie.


Ostatnio zmieniony przez Ciara Berach dnia Nie Maj 04, 2014 11:19 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Nie Maj 04, 2014 11:18 pm

Claire była głośna i zajmowała całą uwagę, nawet jeśli Ita z trudem powstrzymywała się od śmiechu, próbując opanować tę nadpobudliwą małpkę i robić złe miny, które wcale nie sprawiały, że mała się opanowywała, o nie – śmiała się jeszcze bardziej, wieszając się jej na szyi i prawie kopiąc biednego Dublina w pysk. Dopiero wtedy zorientowała się, że Claire ciągle była w kurtce i butach, co oczywiście musiała skomentować („A ty się nie rozbierasz?”), a Claire odpowiedzieć na to w swój sposób (podsuwając jej stopę prawie pod nos, najwyraźniej uważając, że to Ita od tego jest). Pokręciła głową kolejny raz, roztrzepując małej szopę na głowie, by w końcu, po wielu bataliach z nieposłusznymi rękawami i zacinającymi się zameczkami butów, ruszyć w stronę korytarza. A stamtąd już blisko było do kuchni, w której stronę nagle powędrowało jej spojrzenie. Nie podsłuchiwała, nie miała do tego tendencji ani zwykłych chęci. Za to zerknęła w stronę salonu, by zaraz przenieść wzrok na drugie pomieszczenie i tam skierować kroki, wchodząc do środka jakby nigdy nic. Ciara stała przy zlewie (więc skończyli gadać, bardzo dobrze), a Ren pił kawę. Kawę! Aż prychnęła oburzona.
- Dlaczego ja nie dostałam kawy? – spytała udając zirytowanie i wyginając usta.
Czuła… tak, czuła potrzebę, by przyjść do kuchni, gdy wreszcie, po opanowaniu tego huragan radości w postaci Claire, zorientowała się, że Ciara i Ren byli w kuchni trochę za długo. Nie liczyła, nie pilnowała, przedłużająca się nieobecność po prostu nagle faktem się stała. To nie tak, że chciała teraz chronić Rena przed wszystkimi, ze szczególnym wskazaniem na własną matkę, to tylko… Nie chciała, żeby Lullier czuł się tak, jak ona niedawno. Nie chciała, żeby miał ku temu powód. Nie powinno ją to interesować, nie powinna zawracać sobie tym głowy, ale gdzieś tam tkwiła świadomość, że to ona go w to wpakowała. Nie zauważała – specjalnie albo i nie, zbyt zajęta sobą – tego wycofania Renarda w ostatnich dniach. Może dlatego, że, gdy jej spojrzenie w końcu na niego padało, był z Claire i się śmiali, oboje, bo nie widziała, by kiedykolwiek ta dwójka będąc razem nie śmiała się. To ułatwiało, pozwalało wzruszyć ramionami i zająć się sobą, Ciarą, Ki, przerzucaniem słówkami, własnym śmiechem i tymi wszystkimi ludźmi, których kiedyś uważała za uciążliwą codzienność. Zajrzała do Ciarana, wpadła nawet do Triskele, chociaż Hannah nie było w jej rodzinnym domu, ale to była tradycja, a tych swoich tradycji Ita lubiła przestrzegać. Nie miała czasu ani ochoty myśleć o tym, jak czuł się Ren. Nie musiał przyjeżdżać. Jeśli wiedział, jeśli podejrzewał, że będzie czuć się niekomfortowo w tej sytuacji, nie musiał przyjeżdżać. Wytłumaczyłaby to Claire, bo była dobra w tłumaczeniu, że pewnych rzeczy nie można mieć, nieważne jak by się chciało. A Claire, nawet jeśli nie rozumiałaby, bo w jej radosnej główce świat był dużo prostszy, odpuściłaby. W końcu. Po marudzeniu albo i bez, bo przecież i ją zajęłoby to wszystko, co na nie czekało na Cape i ci wszyscy ludzie, którzy tak ją uwielbiali. Ren nie musiał tu być.
Ale był.
Może ostatnie godziny to nie był zły moment, by się zorientować i wyciągnąć pewne wnioski.
Schowała dłonie w rękawy swetra, trącając Rena lekko ramieniem i wpakowała się na krzesło obok niego, by zaraz, z szerokim uśmiechem, podkraść mu kawy.
- Czy ty to posłodziłaś? – skrzywiła się, przenosząc spojrzenie z kubka na Ciarę. Musiała coś skrytykować w dziele swojej matki, nawet jeśli był to tylko hipotetyczny cukier. Tak po prostu. Żeby coś powiedzieć, teraz, kiedy siedzieli tu we trójkę, a Claire niszczyła salon, zapewne pilnowana czujnym, nie schodzącym z niej spojrzeniem Dublina. Dla Ity nie miało znaczenia, czy to było Los Angeles czy Cape Clear, ale wiedziała, że to nie było takie proste. Wystarczyło tylko na sekundę postawić się w odwrotnej sytuacji. I chciała… Chyba chciała mu to pokazać. Że chociaż nie zwracała na niego uwagi, przejmując się tylko tym, że on jej nie przeszkadzał, nie zawracając sobie głowy myśleniem i wyciąganiem wniosków, co przeszkadzało jemu, że pomimo tego wszystkiego, dla niej było bez zmian. A bez zmian znaczyło… tak pozornie dobrze. Bo nie chciała myśleć o tym, jak było paręnaście tygodni temu. Nie chciała nawet myśleć o tym, że Ciara, jej porządna, kochana Ciara, mówiąc to, co powiedziała (a nietrudno, znając ją, było się domyślić) tylko rozgrzebywała stary temat. Ren był pod tym względem podobny do niej. Żadne z nich nie chciało wracać do tego, gdy było źle, skoro teraz było dobre, mniej lub bardziej, ale dobre. Nawet jeśli powrót miał oznaczać całkowite uporządkowanie spraw. Wolała machnąć na to ręką i już… nie myśleć. Dlatego uśmiechnęła się jeszcze raz. Lekko, na sekundę czy dwie.
Może jednak Ren nie powinien przyjeżdżać. Może było na to za wcześnie. Ale jutro wracali i nie było żadnego sensu w rozgrzebywaniu i tego. Co się stało, już się nie odstanie.
- Zostaniesz jeszcze? – spytała zamiast tego, nie wkładając w to zdanie żadnego emocjonalnego ładunku, to było tak całkiem zwyczajne, jak pytanie o drogę czy o mąkę w sklepie. Nie było w tym nadziei, ale nie było też chłodu czy zirytowania, niczego, co mogłoby sugerować jakiej odpowiedzi oczekiwała, tylko spokojny ton i pytające spojrzenie. Bo gdyby został… mogła postarać się ten swój dobry humor, to że była milsza i nie narzekała na wszystko, przełożyć na niego. W końcu Ciara miała rację. Te święta miały się skończyć, a oni wrócą do LA i znowu będą na siebie skazani.
Powrót do góry Go down
Renard Lullier
.
.
avatar

Liczba postów : 76
Join date : 07/12/2013

PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   Pon Maj 05, 2014 8:34 am

Naprawdę uważał, że to było zbędne. Nie potrzebował tego, nie od Ciary, która była najmniej winna całego zamieszania (ale tak, mogła próbować, mogła dać znać, cokolwiek... nieważne, czasu nie cofną), czy od kogokolwiek innego, kto zarzucał mu kompletny brak odpowiedzialności i zapatrzenie się na czubek własnego nosa, nie wiedząc, jaka była prawda. Nie potrzebował, bo był sobie sam winien, po części, i doskonale to o tym wiedział, nawet bardziej niż doskonale, gdy rozmowa z Itą... tamta rozmowa, która przełamała lody i dała im odetchnąć po tych wszystkich kłótniach, dała mu do zrozumienia, że jest winny tak samo, jak Ita, w końcu dopuszczając do świadomości to, że gdyby nie był, jaki był ( a tego zmienić się nie dało) to wszystko wyglądałoby inaczej. Może gorzej niż teraz. Ciara miała lekko nagięty obraz Renarda, nie jej wina, skoro przez lata serwowano jej obraz nieodpowiedzialnego chuja, który nie liczył się z innymi (i trochę prawdy w tym było, nie można zaprzeczyć) by przełamać to jego nagłym olśnieniem, że ojcem chce być i jest gotów podjąć się każdego zadania z tym związanego, ale... nie, nie potrafiłby wtedy nazwać siebie dobrym człowiekiem, nie. Dobry człowiek nie walczy, nie krzyczy i nie powołuje się na prawo, strasząc czy...  był zagubiony, był, nadal bywał, tak jak tu na Cape, czy te pierwsze tygodnie, kiedy panny Berach przyjechały z nim do LA, bo to wcale nie było, tak, że ogarnął się szybko. Trochę m u to zajęło. Ale teraz było już dobrze.
Fakt, trzy lata w tył go bolały. Strata tych wszystkich momentów ważnych dla małego berbecia bolała.  Tyle że bardziej wykorzystywał je jako wymówkę, powód do tego by znowu i znowu wypomnieć je Icie, nie szczędząc sobie nienawiści i wściekłości w spojrzeniu, niż do rozpaczania nad utratą dni, które przecież nadrabiał tak, jak tylko mógł. Starał się, oboje z Itą się starali, żeby to jakoś normalnie wyglądało, każde na swój sposób, więc było już dobrze. I naprawdę, nie było sensu, żeby wracać do tego, gdybać co by było, gdyby, bo rzeczywistość mogłaby się okazać o wiele gorsza,niż wyobrażenia. Zostawić to, przykryć kurzem albo czymś ciężkim i cieszyć się chwilą. Tak było najlepiej.  Uśmiechnął się znowu, potakując na słowa Ciary, przyznając Claire jej urok i umiejętność panowania nad ludźmi, kiedy tylko rząd jasnych ząbków, odsłonięty szerokim uśmiechem pojawiał się na jej buźce. Miał tego ładny obraz w firmie, gdzie jego córka (nadal i nadal lekki uśmiech pojawiał się na jego usta, kiedy to wypowiadał i chyba tak  miało to już pozostać) podbiła serca większości, jak nie całego, zespołu Pomme, który miał okazję dziewczynkę poznać. Ren miał wrażenie, że tego małego potwora lubią nawet bardziej, niż pana prezesa... Nie, nie przeszkadzało mu to ani trochę.
- Nie zasłużyłaś – może ciut ulgi można było dostrzec w spojrzeniu blondyna, gdy Ita w kuchni się pojawiła, zwiastując małe wybawienie od dalszej dość... trochę zbyt oficjalnej rozmowy z jej matką. Miał nadzieję, że to była taka ostatnia rozmowa z Ciarą, że inne, kolejne, będą mieć ten sam charakter co ich pierwsza, ta, kiedy on starał się ją oczarować na swój sposób, a ona zmuszała go do obierania ziemniaków (a to był jego pierwszy i ostatni raz, nigdy więcej obierania, powiedział sobie i się tego trzymał), tylko... tylko to chyba Ciara musiała się z tym wszystkim pogodzić, nie on. I wtedy będzie dobrze i tutaj.  - Ej – zaprotestował, wcale nie walcząc o to, by kubek odzyskać, mrużąc gniewnie oczy, unosząc kącik ust do góry.  - Nie słuchaj jej Ciaro, kawa jest idealna. Była znaczy, dopóki ktoś mi jej nie zabrał – chciał wstać z krzesła, bo Ciara miała rację, miał trochę pracy i, jak się właśnie dowiedział, musiał spakować się tak, by do rzeczy dołożyć zapasy od Berach (jakby nie mogła wysłać, naprawdę, byłoby o wiele wygodniej... ale nie, przez to całość mogło stracić urok maminej wyprawki żywieniowej), bo i tak już za długo tu siedział, ale... ale w kuchni było ciepło, na dworze było zimno, a pytanie Ity – zwykłe pytanie, najzwyklejsze, bez niczego, do czego mógł się przyczepić, skomentować, zwykłe pytanie – usadziło go z powrotem na krześle.  Spojrzał na Itę i swój niedopity kubek kawy w jej dłoniach, potem szybkie spojrzenie na kuchenny zegar, który nie wskazywał jeszcze zbyt późnej godziny, by znowu oceany na zabrany kubek trafiły.
- O ile dostane jeszcze jedną kawę i... - przeniósł spojrzenie na Ciarę, posyłając jej troszkę cieplejszy uśmiech niż do tej pory. Jeśli tylko przestanie wracać do tematu, który był tematem zakazanym, to powinno się udać, to, że wróci ta lekkość i swoboda, i żart i to wszystko, czego w tym momencie nie było. – jeśli został jeszcze jakiś kawałek pijanego ciasta, to ja chętnie pomogę mu zniknąć. Wiesz, twoja mama zrobiła to ciasto o wiele lepsze niż ty – nachylił się lekko do młodszej Berach, szturchając ją w ramie tak, jak zrobiła to ona chwilę temu, odzyskując trochę bardziej tego siebie, naturalnego siebie, który do tej pory objawiał się tylko przy małej paskudzie, która najpewniej zamęczała teraz Dublina w salonie. Gdyby wiedział, że Cape tak na niego zadziała, że to wszystko przytłoczy go bardziej, niż się spodziewał, to... może i by nie przyjechał. Ale nie wiedział, nie zdawał sobie sprawy z tego, że wyspa i ludzie dookoła... że to jeszcze za wcześnie. Bo przecież w Los Angeles było dobrze, nie idealnie,nie cudownie, dobrze, więc czemu na Cape miałoby być inaczej? Było inaczej. Bo to było Cape, tu zawsze było inaczej.
Przyjechał, bo musiał, bo Claire chciała, a on naprawdę był w stanie dla niej zrobić wszystko. Przyjechał, bo jakiś beznadziejny cichy głosik mu szeptał, że jak nie zjawi się na wyspie, inni uznają to za jego brak chęci do poznania tych, którzy ważni są dla jego córki albo po prostu, że znudziło mu się tatusiowanie i miał to wszystko gdzieś... Nie, żeby obchodzili go inni, ale tym razem to było głośne i nie dało się zignorować. A może paranoja naprawdę była zaraźliwa.
Dlatego był tu, na Cape, uśmiechając się lekko złośliwie w kierunku Ity, krytykując jej ciasto, wyciągając nogi pod stołem, już trochę bardziej rozluźniony, bo ciężki temat się skończył, a nie spodziewał się, by Ciara chciała go kontynuować. Dlatego mógł jeszcze chwilę zostać, mimo że w hotelowym pokoju czekała na niego butelka czegoś mocnego i kilka raportów do zaakceptowania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://headcanonstajl.forumpolish.com
Sponsored content




PisanieTemat: Re: 27 grudnia 2017   

Powrót do góry Go down
 
27 grudnia 2017
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Beam me up, Scotty :: Badan Fhuarain-
Skocz do: