Beam me up, Scotty

Bo nikt nie powiedział jak, to jest tak.
 
IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Salon

Go down 
AutorWiadomość
Carey Biscuit

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 10/12/2013
Skąd : Roszpunkolandia

PisanieTemat: Salon   Sob Mar 01, 2014 6:50 pm











Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carey Biscuit

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 10/12/2013
Skąd : Roszpunkolandia

PisanieTemat: Re: Salon   Pon Mar 03, 2014 8:56 pm

To wszystko było jak sen. Jak cudowny, najpiękniejszy sen w jej życiu. Rok temu, gdyby ktoś jej powiedział, że przeprowadzi się do Londynu, by studiować malarstwo, jednocześnie będąc z tak wspaniałym człowiekiem... pewnie zaśmiałaby się ponuro i uznałaby tą osobę za niebezpiecznie oderwaną od rzeczywistości. Marzenia zawsze były dla niej zagrożeniem. Dopiero on pokazał jej, że może być inaczej. Że nie jest zobowiązana do rezygnowania ze swoich pragnień, by na swoich barkach nosić świat wszystkich, na których jej zależy. Otworzył dla niej setki możliwości. Słuchała jego zapewnień, patrzyła na entuzjazm i czułość w jego oczach i pozwalała mu rozsiewać nadzieję w jej sercu. Długo starał się ją przekonać. Nie mogła nic poradzić, że stare nawyki nie pozwalały jej rzucić wszystkiego i dać mu zadbać o jej przyszłość. Momentem decydującym był okres, w którym upewniła się, że po śmierci Cormaca jej mama pozbiera się wystarczająco, by zapewnić jej dzieciom należytą opiekę. No i stało się. Po miesiącach planowania byli tutaj oboje. W ich mieszkaniu. Wszystko było tak idealne, że Carey ledwo mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Wcześniej wysłali część jej rzeczy przez firmę od przeprowadzek. Tego popołudnia zjawili się jedynie z kilkoma walizkami. Przechodząc przez próg ogarnęła ją nagła ekscytacja, a gdzieś daleko czaiła się kropelka strachu. Nie wiedziała skąd to wszystko przychodzi. Nigdy nie czuła takiego szczęścia. Wszystkie emocje, które przychodziły do niej falami przez ostatnie kilka godzin sprawiły, że czuła przyjemne zmęczenie. Kiedy odświeżała się w łazience po długiej podróży (jazda do Dublina wydawała się wiecznością, a jej pierwszy lot samolotem zbyt się wlókł, mimo, że ściskała nerwowo rękę Bena przy każdym niespodziewanym bodźcu), w jej umyśle panował całkowity spokój. Mężczyzna, który znajdował się ledwie za ścianą był najlepszym, co ją spotkało w życiu. Chciał być tu z nią i zapewnić jej wszystko, czego potrzebowała. Nie mogła być szczęśliwsza.
Kiedy weszła do salonu, ogień płonął na kominku. Roztaczał dookoła pomarańczową poświatę, a Biscuit znów nie mogła uwierzyć w prawdziwość tej chwili. Dołączyła do Bena siedzącego na kanapie, siadając blisko. Dotknęła jego boku, patrząc na jego twarz z czułością.
- Dziękuję - szepnęła cicho, splatając swoje palce z jego. Tyle już razy próbowała wyrazić, jak bardzo jest mu wdzięczna, ale nie potrafiła ubrać jego dobroduszności i hojności w słowa. Nie dało się. Dlatego czując cudowne ciepło pulsujące w sercu oparła głowę na jego ramieniu i w milczeniu gładziła skórę jego dłoni.


Ostatnio zmieniony przez Carey Biscuit dnia Sob Maj 03, 2014 5:43 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Benny Collins

avatar

Liczba postów : 5
Join date : 01/01/2014

PisanieTemat: Re: Salon   Sro Mar 12, 2014 11:30 pm

Nigdy nie wiesz co przyniesie Ci życie. Jutro, za tydzień, za rok, czy nawet za godzinę. Nawet, jeśli żyjesz według kalendarza, zapisując każdą czynność w oddzielnym okienku, to i tak nigdy nie masz pewności, czy tak właśnie będzie. Benny nigdy tego nie robił. Pozwalał swojemu życiu płynąć takim prądem, jakim chciało. Nie był typem wierzącym w przeznaczenie, ani nic z tych rzeczy. On po prostu żył. Tak, jak w danej chwili mógł. Przez większość czasu było to zmienianie miejsca zamieszkania raz na miesiąc, czasem rzadziej, czasem częściej. Nie robił planów, wiedząc, że nie tylko życie może je zepsuć, ale i on sam. Nie lubił się zwodzić. Nie lubił się oszukiwać- nie pod tym względem. Nigdy więc nie zakładał nawet, że znów pojawi się w Londynie. Unikał go. Jego rodzinne miasto- wiązało ze sobą zbyt wiele wspomnieć- a od nich uciekał. Odcinał się od tego, co ze sobą niosło, a dla jego emocjonalnego świata niosło wiele. Lecz sama istota powrotu nie była tym, co najbardziej zajmowało jego głowę. To była wręcz błahostka. Mała cząstka tego, co dopiero ma się zacząć. Bo zaczął robić plany. W ciągu ostatniego roku zmienił w swoim życiu tak wiele. Nie wiedział, i nie chciał wiedzieć, co będzie dalej, ale zaryzykował wejście na głęboką wodę. Zaryzykował rozpoczęcie innego życia. Takiego, o jakim nigdy nie myślał. I nie zastanawiał się ile to potrwa. Bo gdyby nawet miało potrwać chwilę, to nigdy nie zmieni zdania, że było warto. Bo tym razem nie liczył się tylko on i jego wnętrze, w którym wciąż kopał. Nie bawił się już w archeologa swojej duszy. Teraz szukał czegoś nowego. Otwierał kolejne drzwi, okna i bramy, wpuszczając świeże powietrze w życie Carey.
Przez ostatnie miesiące w jego biografii działo się więcej, niż w ciągu ostatnich lat. Można powiedzieć, że ciągłe podróżowanie wiąże się z przeżyciem przygody. Nie jest to kłamstwem, lecz prawdziwego jej znaczenia doświadczył na Cape, gdzie został po długich dylematach. Cały czas myślał co by się stało, gdyby wyjechał. Właśnie w tej chwili. Nie dlatego, że to życie nie było wystarczająco dobre dla niego, bo wręcz przeciwnie- było zbyt dobre. On tylko nie będzie już chyba nigdy potrafił na dobre zapomnieć o tym trybie życia, z którego obecnie zrezygnował.
Ale nie żałował. Nigdy nie będzie, cokolwiek by się nie działo.
Robił coś istotnego- tak czuł. Przeprowadzka do Londynu była spełnieniem marzeń, po które nie wolno było sięgać ze strachu przed ich zniszczeniem. On wszedł z buciorami i kpiną w życie Carey i wyszarpał te nigdy nie wyśnione sny ze skrzyni na strychu i nie tylko je ożywił, ale i wcielił w życie. Bo zasługiwała. Bo nigdy nie powinna ich tam zamykać. Nawet jeśli to wszystko miało na początku być tylko zabawą, a teraz stawało się czymś poważnym, to nie żałował. Jedyną trudnością w kolejnej zmianie miejsca zamieszkania była odległość od Claire i Ity. Bo do tych rudych diablic oduzależnić się trudno.
Odnalazł swoją namiastkę czegoś. Tego czegoś, czego potrzebował. Może to stabilność, która powoli rozwijała swoje listki? Stanowiło to paradoks, bo przecież wolał wciąż zmieniać otoczenie. Lecz zmieniał je, bo szukał. Sam nie wiedział czegoś. Ta potrzeba nigdy nie zgaśnie, lecz ostatnio nawet zaczął dostrzegać, że może złagodnieć.
Teraz siedział na kanapie w mieszkaniu. Ich mieszkaniu, bo nie pozwalał jej nazywać go inaczej. Sprowadzenie tu Carey było ciężkie- lecz takie miało być. Gdyby nie było, to wcale nie siedziałby dziś obok niej, a ona byłaby w swej edukacji o wiele dalej. Taka była jego misja- taki ich był sens. Że bez niego ona nie potrafiła. Lecz wcale nie oczekiwał jej wdzięczności, nie taki miał cel, choć ciężko mu było go sprecyzować. Już od pierwszego spojrzenia w jej oczy wiedział, że jest w niej coś wyjątkowego. I chciał to złapać, pokonując przy okazji wszelakie bariery. Wiedział jednak, że otwieranie jej na świat jest bardziej samolubne, niż wielkoduszne. I to dużo. Robił to dla siebie. Dla zaspokojenia zwykłej potrzeby. I po części osiągnął swój cel. Lecz jego finał będzie dopiero wtedy, gdy i Carey będzie mogła otwarcie powiedzieć, że spełniła swoje marzenia. To był ten sens.
Ogień kominka grzał go lekko w nogi, które skrzyżował w kostkach wyciągnięte przed siebie. Był jedynym źródłem światła w pomieszczeniu. Na białych ścianach tańczyły głębokie cienie i refleksy. Słyszał, jak w łazience Carey bierze prysznic. Gdy przyszła do niego odłożył gitarę na bok, przenosząc na nią spojrzenie. -Nie dziękuj mi, Carey. Zasługujesz na to i jeszcze więcej. Musisz w to uwierzyć.- zacisnął palce na jej dłoni i przewiesił rękę przez jej ramiona. Siedzieli tak przez chwilę. Wpatrzeni w płomienie szalejące naprzeciw. Było już ciemno, ale nie na tyle późno, by kończyć dzień. - Skończyłaś się już rozpakowywać?- nie przywieźli wielu rzeczy, lecz wiedział, że żadna przeprowadzka nie należy do najłatwiejszych. Kilka pudeł i walizek wciąż stało przy drzwiach wejściowych, jednak większość przedmiotów stała już na swoim miejscu. - Co powiesz na kolację? Nie jesteś głodna? – zapytał odgarniając jej z twarzy, wciąż wilgotny, kosmyk włosów i odkładając go na swoje miejsce. Nie czekał długo na jej odpowiedź, tylko wstał po chwili i podał jej swoją dłoń, by jej pomóc i zaprowadził do kuchni, gdzie zaczął wyjmować z lodówki i szafek potrzebne składniki i przyrządy.- Na co masz ochotę?- może nie był wyśmienitym kucharzem, ale na pewno nie był też w kuchni bezradny.


:puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke: :puke:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Salon   

Powrót do góry Go down
 
Salon
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Beam me up, Scotty :: Mieszkanie Canny-
Skocz do: